Cześć, dziewczyny!
Miał być wpis wczoraj, ale, no cóż, niby niedziela, a zabrakło tych, wspomnianych w pierwszym wpisie, 15 minut. Zatem kawa w dłoń i zapraszam :)
Wczorajszy dzień zaczął się obiecująco. Otwieram lewe oko (prawe jeszcze walczyło z poduszką, która była dość mocno nasączona już śliną po całej nocy) i widzę: są! Trzy dumne róże i ON – mały, skromny kartonik, który obiecuje, że niedługo na moich palcach zagości coś więcej niż tylko ślady po obieraniu ziemniaków (albo buraków). Bon, voucher (zwał, jak zwał) do jubilera (mówi się tak jeszcze? JUBILER?). No, mąż ewidentnie wyczuł, że "odzyskiwanie siebie" najlepiej idzie w oprawie ze szlachetnych kruszców.
Poczułam taką moc, że pognałam na basen. Woda, czepek (w którym każda z nas wygląda jak profesjonalny pieróg, a w moim przypadku nawet jak 30 pierogów razem wzięte) i ja. Pobiłam swój rekord w metrach! Czułam się jak Otylia Jędrzejczak w wersji „vintage’84”. Wracałam pełna dumy i przekonania, że dzisiaj jest ten dzień, że wytrwam i nie zmarnuję przecież tego owocnego treningu!
Niestety, sportowy duch uleciał wraz z powrotem do domu. Bilans dnia? Rekord na basenie kontra góra frytek (ale domowych!!!!). Czy mi wstyd? Skądże. Mój organizm właśnie wysyła sygnał: „Nadchodzi okres, daj mi węglowodany albo nie ręczę za siebie”. Dzień Kobiet to w końcu dzień wyrozumiałości dla samej siebie, prawda?
Potem czar nieco prysł i popołudnie spędziłam w klasycznym trójkącie bermudzkim: pranie – sprzątanie – wydawanie obiadu. Szkoda tylko, że weekend jest zawsze o te kilkanaście godzin za krótki, żeby faktycznie 'ogarnąć wszystko'. Bo wiecie, jak to jest – ciało krzyczy 'odpocznij', ale moja głowa to zupełnie inna bajka. Ona po prostu nie pozwala mi na brudny dom. Nie umiem się w pełni zrelaksować, gdy kątem oka widzę kurz na listwach, półkach, czy telewizorze, o, albo piętrzącą się górę naczyń, która zdaje się szeptać moje imię. To przekleństwo naszego rocznika – niby chcemy odpuścić, ale nie potrafimy dopóki dom nie będzie lśnił i pachniał.
Pamiętacie Dzień Kobiet naszych mam? Ten legendarny goździk zawinięty w celofan i paczka rajstop, które były szczytem luksusu (i rwały się od samego patrzenia). One miały ten jeden dzień, żeby usiąść przy kawie w szklance z koszyczkiem. My mamy bony do jubilera i smartwatche liczące... wszystko, ale i tak kończymy z mopem w ręku, marząc o chwili spokoju.
Kiedyś symbolem tego dnia był goździk, dziś symbolem jest nasza próba pogodzenia marzeń z obowiązkami domowymi i pracą. I wiecie co? Myślę, że nieźle nam to wychodzi!
Podsumowując, bo chyba za bardzo weszłam w temat :) Nie był to dzień wycięty z Instagrama – nie było profesjonalnej sesji w pościeli, a zamiast estetycznego awokado na talerzu, wjechały frytki smażone na głębokim oleju (ale domowe!!!). Ale wiecie co? Zwieńczenie było lepsze niż jakikolwiek filtr.
Wieczorem mąż przejął stery i ogarnął Młodego do spania (misja: kąpiel, piżama, zęby i kimono), a ja w końcu odzyskałam kawałek swojej przestrzeni. Zakopałam się pod kołdrą – tam, gdzie pranie nie ma wstępu – i odpaliłam mój ulubiony 'Taniec z Gwiazdami'. Tylko ja, święty spokój i podziwianie ludzi, którzy ruszają się znacznie lepiej niż ja dziś na tym basenie. Czysty luksus w wersji domowej!
Ściskam Was mocno – te z różami w wazonie i te z frytkami w ręku! 🌷🍟✨
P.S. Z tym bonem do jubilera to oczywiście nie myślcie, że od razu wykupię połowę wystawy u Tiffany’ego. Umówmy się – pewnie skończy się na czymś z tej najniższej półki, gdzie złoto jest tak cienkie, że strach mocniej odetchnąć ;)
Dodaj komentarz
Komentarze