Ja wysiadam! Czyli co właściwie znaczy „pożyć”, gdy masz 40 lat i pełną pralkę?

Opublikowano w 11 marca 2026 12:45

Hej Dziewczyny!

Wpadła mi ostatnio w ucho piosenka Anny Marii Jopek „Ja wysiadam”. Znacie to? Ten aksamitny głos i mądry tekst, który dopiero teraz zrozumiałam (sorry, ale w '99 nie zagłębiałam się nad jego sensem, a już na pewno nie utożsamiałam się z nim). Ale ostatnio, między wrzucaniem trzeciego prania (oczywiście w weekend), a zastanawianiem się, czy te zmarszczki mimiczne to od śmiechu, czy od mrużenia oczu przy sprawdzaniu lekcji dzieci, poczułam to całą sobą.

Ja. Też. Wysiadam.

Pamiętacie rok 1999? Miałyśmy po 15 lat, całe życie przed nami, a „dorosłość” brzmiała jak egzotyczna podróż (baaardzoo daleka), a nie jak maraton między Excelem i zmywarką. A teraz? Cyk, czterdziestka na liczniku. Czas nie biegnie – on po prostu wyparowuje. Jak woda z garnka, o którym zapomniałaś, bo akurat ratowałaś świat (albo szukałaś drugiej skarpetki do pary).

W tej pogoni za „ogarnięciem wszystkiego”, gdzieś między praniem, a marzeniem, często gubimy... siebie. Stajemy się logistykami, sprzątaczkami, pracownikami roku, a ta dziewczyna z 1984 roku, która chciała podbijać świat i nosiła dzwony, siedzi cicho w kącie i czeka na swoją kolej.

Dlatego dzisiaj, zamiast kolejnego punktu na liście „do zrobienia”, dopisuję: Zrobić coś dla siebie. I nie, nie mam na myśli wizyty u dentysty (choć to też ważne, wiadomo). Mam na myśli te 15 minut z kawą / herbatą / proseczo / wstaw, co uważasz za słuszne :) Książkę, która nie jest poradnikiem o wychowaniu / stylu życia / jak być damą, albo jak zgubić 50 kg w 3 miesiące. Albo po prostu spacer bez celu, byle nie do Lidla.

Analizując dalej tekst - mam jeden fragment, który ostatnio nie daje mi spokoju: „Życie po to właśnie jest, żeby pożyć”.

Zatrzymałyście się kiedyś nad tym zdaniem? Brzmi jak oczywistość, ale gdy człowiek ma te 40 lat na karku i zaczyna w tych słowach szukać drugiego dna. Bo co to właściwie znaczy „pożyć”?

Dla dwudziestolatki w nas „pożyć” oznaczało pewnie wielkie przygody, podróże z plecakiem i nieprzespane noce, po których i tak wyglądało się kwitnąco. A dzisiaj? Czy „pożyciem” jest zaliczenie kolejnego projektu w pracy? Albo fakt, że udało się wypucować okna na błysk? Albo!!! To jest hit - pusty kosz na pranie? No nie do końca (aczkolwiek widzieć dno w koszu z brudami - brzmi wręcz jak szaleństwo).

Zaczynam myśleć, że „pożyć” to stan, w którym przestajemy być tylko pasażerkami na gapę we własnej codzienności. To ten moment, kiedy czujesz smak truskawki, zamiast połykać ją w biegu. To odważne powiedzenie „dzisiaj nie gotuję”, bo wolę iść na rower (OMG, co oni będą jedli? czy nie będą głodni? jak sobie poradzą beze mnie?) i poczuć wiatr we włosach.

„Pożyć” to pozwolić sobie na zachwyt. Na to, żeby serce zabiło mocniej nie z powodu stresu dnia codziennego, ale dlatego, że słońce akurat tak ładnie kładzie się na ścianie. To odzyskanie prawa do bycia kimś więcej niż tylko „funkcją” w rodzinie czy firmie.

Może więc to życie po to właśnie jest, żebyśmy przestały je wiecznie przygotowywać na „kiedyś” (kiedy dzieci dorosną, kiedy skończę remont, kiedy schudnę), a zaczęły go używać teraz? Nawet jeśli to używanie jest trochę nieperfekcyjne, przykurzone i odbywa się między jednym praniem a drugim.

A dla Was? Co dzisiaj oznacza to krótkie, ale mocne słowo: „pożyć”?

A nawiązując jeszcze do tego, co napisałam powyżej (chociaż już chyba nie powinnam - mam nadzieję, że nie śpicie).

Jest w tekście też taki związek frazeologiczny (zabłysłam? :)): „Tracić czas”. Słyszycie to? W świecie, który od nas, kobiet, urodzonych w latach 80-tych/90-tych, wymaga bycia wydajną maszyną do zadań specjalnych, słowo „tracić” brzmi niemal jak grzech (a na pewno wpędza w poczucie winy). Przecież w tym czasie można by przetrzeć kurze, odpisać na maile albo chociaż zrobić listę zakupów na cały tydzień!

Ale Anna Maria przypomina nam o czymś genialnym - że to „tracenie czasu” na patrzenie w niebo, na bezmyślne śledzenie chmur czy szukanie tych mitycznych „dobrych gwiazd”, to w rzeczywistości jedyny czas, którego nie tracimy. Bo to czas, w którym karmimy swoją duszę.

„Jak najdłużej kochać ciebie / Na to nie szkoda mi / Zmierzchów, poranków / Nocy, dni”.

I tu pojawia się najważniejsze pytanie: kim jest to „ciebie”? Oczywiście, myślimy o partnerze, o dzieciach, o bliskich. Ale ja dzisiaj, stojąc nad koszem z praniem, myślę, że to „ciebie” to też ta dziewczyna, którą widzę w lustrze. Ta, która ma 40 lat+ i czasem zapomina, jak się nazywa z nadmiaru obowiązków.

Na kochanie siebie – tej niedoskonałej, czasem zmęczonej, a czasem euforycznie radosnej wersji mnie – nie powinno mi być szkoda żadnego poranka, ani żadnej nocy. Bo jeśli ja nie będę miała siły patrzeć w gwiazdy, to kto pokaże moim dzieciom, że niebo w ogóle istnieje?

Więc tak, oficjalnie ogłaszam: dzisiaj będę „tracić czas”. Będę się gapić w dziury w niebie, pić kawę, która dawno wystygła, i po prostu być. Bez planu, bez wyrzutów sumienia, za to z ogromną czułością do samej siebie (no dobra, na pewno aż tak to wyglądać nie będzie, ale chociaż spróbuję, małymi kroczkami).

Bo na to – i tylko na to – naprawdę nie powinno być szkoda nam dni.

Czas ucieka bezczelnie szybko, ale to my trzymamy hamulec bezpieczeństwa w tym pociągu. Czasem warto z niego wysiąść na małej stacji, usiąść na ławce i po prostu pogapić się w chmury. Bez wyrzutów sumienia, że pranie czeka. Ono nie ucieknie (a szkoda!).

Kiedy ostatnio „wysiadłyście” z tego pędu tylko po to, żeby odzyskać siebie? Co robicie, żeby między domowymi obowiązkami nie zapomnieć o własnych marzeniach?

Dajcie znać w komentarzach – chętnie poczytam, że nie tylko ja mam ochotę czasem nacisnąć przycisk STOP.

Dodaj komentarz

Komentarze

Wera
8 dni temu

Mysle ze decydujac sie na dzieci ciezko jest "pozyc" tak, jakbysmy chcialy, ale chyba kazdy mial tego swiadomosc decydujac sie na nie. dla mnie kazdy moment - kapiel przy swiecach, pojscie do kosmetyczki to jest wlasnie to "wysiadanie" i skupienie sie tylko na sobie.

Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador