To nie był zwykły gadżet, to była przepustka do naszych marzeń (oczami wyobraźni można było zobaczyć przystojnego Nicka Cartera, który podchodzi do Ciebie i zaczyna całować, a wszystko to przy dźwiękach w Twojej głowie "Shape of My Heart" - aaaaaaaaa!!!!!!). Mieć Walkmana to był szczyt lansu na szkolnym korytarzu i przyjemność w każdej podróży - nawet tej do sklepu, albo żeby zapłacić za kablówkę. Ale umówmy się: to była droga zabawka. Sam sprzęt kosztował fortunę, a baterie „paluszki” padały zawsze w najmniej odpowiednim momencie – zazwyczaj wtedy, gdy Twój ulubiony kawałek wchodził w najlepszą fazę, a mechanizm zaczynał przeraźliwie „mulić” dźwięk.
A kasety? To był oddzielny fundusz inwestycyjny!
Oryginalna kaseta z hologramem ZPAV to było święto. Kosztowała tyle, że trzeba było odkładać kieszonkowe przez miesiąc albo negocjować z babcią przy każdej okazji. Pamiętacie ten moment rozrywania folii i zapach świeżej poligrafii w środku? Czytało się każde nazwisko producenta, a jeszcze lepiej, jak była załączona książeczka z tekstami piosenek - umówmy się, ja się super nauczyłam dzięki temu angielskiego. Można było rozkładać i śpiewać (nawet po niemiecku "Wie ein Bum-, Bum-, Bum-, Bum-, Bumerang" - Blumchen).
Kto nie miał kasy na oryginały, ten uprawiał „piractwo domowe”. Pożyczało się kasetę od koleżanki, wkładało czystego TDK lub Maxella do wieży (zaklejając dziurki na górze taśmą klejącą, żeby dało się nagrywać!) i modliło, żeby nikt nie wszedł do pokoju i nie zaczął gadać w trakcie nagrywania.
Każda taka kaseta była skarbem. Przewijało się ją ołówkiem, żeby oszczędzać baterie w Walkmanie, a jak taśma się „wciągnęła” i pogniotła... cóż, to był dramat większy niż dzisiejszy brak zasięgu 5G. Reanimacja taśmy za pomocą palca i cierpliwości to była nasza pierwsza lekcja chirurgii precyzyjnej :)
Kto z Was jeszcze ma w szufladzie te pudełka z odręcznie wypisanymi tytułami piosenek? To były nasze pierwsze playlisty, tworzone z prawdziwym poświęceniem! A co najważniejsze, tworzyliśmy je MY, a nie jakieś algorytmy.
3. Słynne „PoN” na Gadu-Gadu
Gadu-Gadu to nie był komunikator, to był nasz status społeczny. Opis był świętością:
- Smutne opisy: „...bo w życiu piękne są tylko chwile...” (oczywiście z kropeczkami na początku i końcu).
- Opisy-zagadki: „On już wie...” – żeby cała lista znajomych zastanawiała się, o kogo chodzi.
- Status „Niewidoczny”: Szczyt wyrafinowania. Siedziało się na "niewidoku" tylko po to, żeby patrzeć, czy „On” się zaloguje. A jak się zalogował i zaświeciło się słoneczko, to serce zaczynało bić szybciej, zalewała nas fala radości i energii :)
- Dźwięk: Ten nagły „ty-ty-ty-ty!” nadchodzącej wiadomości wyrywał z butów.
Zanim Facebook nas wchłonął, była Nasza Klasa (NK.pl). Pamiętacie ten szał? Każdy nagle odnalazł kolegę z przedszkola, którego nie widział 15 lat. To było jak wielkie, narodowe śledztwo, absolutny fenomen tamtych lat. NK było miejscem niemal magicznym, które postawiło całą Polskę na nogi. Nasza Klasa miała w sobie coś, czego dzisiejszym social mediom trochę brakuje – autentyczne wzruszenie. To tam po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak czas obszedł się z naszymi nauczycielami i czy ten przystojniak z III B rzeczywiście wyłysiał. To był portal, który naprawdę łączył pokolenia, zanim wszyscy przenieśliśmy się na „niebieski portal” i daliśmy się porwać algorytmom. A Ty? Masz jeszcze gdzieś zapisane to stare hasło, żeby chociaż raz spojrzeć na swoje zdjęcia z grzywką „na bok”? :)
Przypominajka:
- Goście: Największe przekleństwo i błogosławieństwo. Widziało się dokładnie, kto wchodził na Twój profil! Robiło się więc „naloty” na profil byłego, a potem panika: „O nie, on zobaczy, że byłam u niego 10 razy w ciągu godziny!” (a przecież o to nam chodziło, nieprawdaż?)
- Pinezki: Oznaczanie znajomych na zdjęciach z wycieczki do Zakopanego w 2002 roku. Każdy musiał mieć pinezkę na czole.
- Wirtualne prezenty: Szczyt prestiżu to dostać od kogoś wirtualnego szampana albo misia za Eurogąbki. Czysty luksus!
- Opis pod nazwiskiem (Status): Podobnie jak na GG, na NK też trzeba było mieć status. Najczęściej były to: „Wakacje!!!”, „W szkole”, albo głębokie cytaty o życiu i miłości. Zmiana statusu na „Wolny/Wolna” po zerwaniu wywoływała lawinę pytań na „śledziku” (pamiętacie Śledzika? Tego nikt nie kochał!).
-
Komentarze pod zdjęciem: Klasyka gatunku: „Ślicznie laseczka, pozdro!”, „Ale laska!”, „Kiedy się widzimy?”. Odpowiadanie na każdy komentarz było obowiązkiem, a walka o to, kto ma ich więcej, przypominała dzisiejsze wyścigi o lajki.
Wtedy nie było „ciągłego bycia online”. Po szkole wracało się do domu, jadło obiad i... dzwoniło z domowego do kumpeli: „Ej, wyjdziesz?”. Jak mama odebrała, to był stres: „Dzień dobry, czy jest Kaśka?”.
Planowaliśmy, co ubrać na sobotnią dyskotekę w remizie czy lokalnym klubie. Żyliśmy od weekendu do weekendu (w tym temacie akurat nic się do dziś nie zmieniło), a największą pamiątką z tamtych czasów nie są setki zdjęć w chmurze, ale te kilka niewyraźnych odbitek z aparatu, na których wszyscy mamy czerwone oczy od flesza.
Byliśmy ostatnim pokoleniem, które miało analogowe dzieciństwo i cyfrową młodość. I wiecie co? To było najlepsze combo, jakie mogło nam się trafić!
Dodaj komentarz
Komentarze
No! Wszystko się zgadza. Dodam jeszcze ile to trzeb było mieć cierpliwości, żeby odpalić kompa i żeby zawrotna prędkość internetu uruchomiła cokolwiek… z sentymentem największym wspominam kafejki internetowe. O tak! Wymyślając nick na czacie mogłaś być kim chcesz!;) Kilka spotkań też się odbyło. To było dopiero nieodpowiedzialne…spotykać się z kimś nie wiadomo z kim po kryjomu…;) Ech… fajne też czasy. Dzięki za ten tekst:) Poproszę o więcej :)