
Hej Dziewczyny, powspominajmy dzisiaj studniówkę i prostokątne, czarne cudo! :)
Dziś, gdy większość z nas jest w posiadaniu kamery 4K, trudno wytłumaczyć komuś młodszemu, jaką magię niosły ze sobą trzy litery: VHS.
Sama kaseta miała w sobie coś namacalnego. To nie był bezosobowy link na YouTube czy plik w telefonie. To był konkretny przedmiot – ciężka, czarna kostka, którą trzeba było z namaszczeniem wsunąć do magnetowidu. Ten charakterystyczny dźwięk „połykania” taśmy przez mechanizm i głośne przewijanie, któremu towarzyszyły skaczące po ekranie paski, to odgłosy mojej młodości.
Kasetę trzeba było szanować. Każdy wiedział, że wielokrotne oglądanie ulubionych fragmentów (tych, gdzie wyszłyśmy najlepiej!) sprawia, że taśma się zużywa, a obraz staje się coraz bardziej „śnieżny”. Był też ten wieczny dylemat: czy pożyczyć kasetę koleżance z klasy, ryzykując, że wróci z porysowaną obudową albo – co gorsza – nieprzewinięta do początku? Bo przecież kulturalny człowiek zawsze oddawał przewiniętą! VHS uczył nas cierpliwości – nie dało się przeskoczyć do konkretnej sekundy jednym kliknięciem. Trzeba było czekać, patrząc na przyspieszony obraz, co tylko potęgowało ekscytację przed najważniejszymi momentami filmu.
Świat zza lady wypożyczalni
Nie można pisać o kasetach, nie wspominając o miejscu, które w 2002 roku było niemal centrum kultury: lokalnej wypożyczalni VHS. To był rytuał.
Czasami nawet i godzinę stało się przed półkami, prosząc Pana lub Panią o podawanie kolejnych kaset, czytając opisy na odwrocie pudełek, bo przecież nie było zwiastunów na żądanie. Sprzedawca za ladą był wyrocznią – wiedział, co warto obejrzeć, a co jest stratą czasu. Często to właśnie tam, szukając nowości z Hollywood, marzyliśmy, że nasza studniówkowa kaseta będzie wyglądać choć trochę jak te wielkie produkcje. Wypożyczalnie miały swój niepowtarzalny klimat „analogowej przygody”, którego nie zastąpi żaden algorytm dzisiejszych platform streamingowych. To tam uczyliśmy się miłości do kina, zanim jeszcze sami staliśmy się bohaterami własnego, studniówkowego filmu.
Pięknie przeszłam od jednego tematu w drugi (taki był zamysł tego wpisu - kontynuacja z poprzedniego blogu plus temat studniówkowy).
Cofnijmy się zatem do początku 2002 roku. To był czas, gdy internet wciąż „piszczał” w modemach, a najważniejszym wydarzeniem towarzyskim dekady była ona – studniówka (było mi dane być dwa razy ;))
Plan filmowy w lesie, czyli walka o „wejściówkę”
Zanim w ogóle doszło do balu, musieliśmy nagrać czołówkę. Pamiętacie te kultowe wstępy do kaset? Żeby nasz film nie był nudny, musieliśmy sami wymyślić, gdzie i jaka akcja będzie się działa. Padło na las (chyba to był las, nie pamiętam dokładnie). Całą grupą pojechaliśmy między drzewa, żeby nakręcić „spontaniczne” rzucanie się śnieżkami.
To była komedia! Z jednej strony niby luz i zabawa w śniegu, a z drugiej – my, dziewczyny, robiłyśmy absolutnie wszystko, żeby jak najlepiej wypaść przed obiektywem. Każdy ruch głową, każdy uśmiech był wypracowany, by w tym powolnym montażu z podkładem muzycznym wyglądać jak gwiazdy kina. To było nasze pierwsze starcie z „reżyserią” własnych wspomnień. Oglądając to potem, oczywiście, żadna z nas nie była zadowolona z efektu: a to jakiś pryszcz rozgościł się na pierwszym planie, a to włos nie w tę stronę co potrzeba, mina nie taka itd. Takie to były straszne, na tamtą chwilę, problemy. Ja np. myślałam, że jestem gruba, ale chyba jednak nie znałam znaczenia tego słowa, mając lat 18 (teraz dosyć, że znam, to jeszcze doświadczam osobiście :P).
Szkoła jak z filmu – siła naszej wyobraźni
W 2002 roku nie wynajmowało się luksusowych hoteli, czy restauracji, gdzie idzie się na gotowe (a raczej podjeżdża limuzyną). Prawdziwa studniówka odbywała się na sali gimnastycznej, a poczęstunek w szkolnych klasach. To był czas czystej kreatywności. Nie było Pinterestów ani tutoriali. Nikt nie wyciągał telefonu, żeby sprawdzić, „jak to się robi”.
Mieliśmy tylko własną inwencję, rolki bibuły i kilometry flizeliny. Dni wyjęte z lekcji spędzaliśmy na drabinach, mocując balony tak, by sala przypominała pałacową komnatę. W klasach, gdzie przygotowywaliśmy stoły, panował totalny chaos i mnóstwo śmiechu. Do dziś mam w albumie kilka zdjęć, które robiłam właśnie wtedy – jesteśmy na nich umazani farbą, zmęczeni, ale w absolutnie znakomitych humorach. Bez rozpraszaczy, bez zerkania w ekrany, liczyła się tylko wspólna praca i dobra zabawa.
Podniosła aura i garnitury „na wyrost”
Gdy nadszedł ten wieczór, szkoła stała się niemal świątynią. Panowała niesamowita, podniosła atmosfera. Nagle ziomale, z którymi jeszcze wczoraj grało się w piłkę, pojawili się w garniturach (jakoś inaczej wyglądał nawet najmniej atrakcyjny kolega), a my zachwycałyśmy upięciami pełnymi brokatu i sukniami, które szeleściły przy każdym ruchu. Nawet nauczyciele wyglądali wyjątkowo - mniej surowi, eleganccy. Wszyscy byli w wyśmienitych humorach – czuliśmy, że to nasz moment. Zabawa była przednia, bez komórek, same, czyste szaleństwo, rozmowy, wspomnienia tych czterech minionych lat i niedowierzanie, że zmierza już ten czas do końca.
Pan Kamerzysta i seans prawdy
Centralną postacią wieczoru był Pan Kamerzysta z wielką, czarną maszyną na ramieniu i oślepiającą lampą. Rejestrował wszystko: od drżącego głosu dyrektora po szalone pląsy do największych hitów lat 90-tych i 2000.
Kilka tygodni później odbieraliśmy kasetę. Wideo z 2002 roku nie znało pojęcia „postprodukcja”. To był materiał saute, dokładnie taki, jaki wyszedł od kamerzysty. Bez filtrów, bez wycinania wpadek. Oglądaliśmy trzy godziny filmu, na którym obraz czasem skakał, a my widzieliśmy siebie dokładnie takimi, jakimi byliśmy: spoconych po polonezie, śmiejących się do rozpuku przy stołach, z fryzurami, które po północy żyły już własnym życiem.
Dziś te nagrania mają specyficzny, ciepły kolor i ten charakterystyczny szum taśmy. Na kasecie VHS z 2002 roku nie nagrał się tylko film – nagrała się nasza młodość. W wersji bez poprawek - sama prawda, nasza spontaniczność i chwile wzruszenia nie na pokaz dla całego świata, tylko dla nas - już teraz 40latków tęskniących tak bardzo za latami beztroski, zabawy i prawdziwych przyjaźni.
Patrząc na te stare zdjęcia, zastanawiam się, czy dzisiejsze idealne relacje na Instagramie za dwadzieścia lat będą budzić takie same emocje. Czy w tych perfekcyjnych kadrach przetrwa ta sama autentyczność, którą my mamy zapisaną na szumiącej taśmie?
A jak to było u Was?
Pamiętacie swoją studniówkę? Też stroiliście salę do późnej nocy, walcząc z opornymi balonami? Czy Wasz film również zaczynał się od „profesjonalnej” czołówki w plenerze, a Pan Kamerzysta oślepiał Was lampą przy każdym kęsie sałatki?
Dajcie znać w komentarzach, jakie utwory królowały na Waszych parkietach i czy Wasze kasety VHS wciąż leżą gdzieś bezpiecznie na dnie szuflady. Odświeżmy razem te wspomnienia – w końcu 2002 rok wcale nie był tak dawno temu... prawda?
Dodaj komentarz
Komentarze