Wczoraj, jutro i moje odzyskane 15 minut

Opublikowano w 25 marca 2026 15:57

Hej Dziewczyny!

Wpadłam wczoraj na cytat Marii Czubaszek, który pewnie kojarzycie, a brzmi tak: „Są dwa dni, którymi nie należy się przejmować. To wczoraj i jutro”. Brzmi jak plan idealny, prawda? Taka totalna wolność. Ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej zastanawiam się, czy to w ogóle wykonalne dla kogoś z mojego rocznika.

Jestem dziewczyną z 1984 roku. To znaczy, że pamiętam jeszcze czasy bez internetu, ale teraz nie wyobrażam sobie bez niego życia (chociaż....). Jesteśmy tym pokoleniem „pomiędzy”. I mam wrażenie, że to nasze „wczoraj” i „jutro” trzymają nas mocniej, niż byśmy chcieli.

Z jednej strony – wczoraj.

Czubaszek ma rację, rozpamiętywanie błędów z liceum czy tego, co się powiedziało na randce dziesięć lat temu, to strata czasu, nasze niepowodzenia, wpadki - to wszystko za nami i mało kto, albo nikt, oprócz nas, nie pamięta o nich. Czy przejmować się wczorajszą kolacja, za którą zapłaciliśmy kartą kredytową niemałą sumę, albo tym, że w 2012 roku nie kupiliśmy Bitcoinów? Czubaszek powiedziałaby pewnie, że rozpamiętywanie błędów z przeszłości tylko pogłębia zmarszczki, a od nich gorszy jest tylko brak poczucia humoru. Więc wczorajszy debet? Było, minęło, nie ma co drążyć. Przeszłości nie zmienimy.

Z drugiej strony, to nasze „wczoraj” nas ukształtowało. To te wszystkie kasety magnetofonowe, pierwsze porażki i sukcesy, żałowanie czegoś, czego się nie zrobiło (albo właśnie zrobiło) sprawiły, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Odcięcie się od tego zupełnie? To jakby wymazać kawałek siebie. 

Z drugiej strony - jutro.

No właśnie. Jako trzydziestoparolatki - czterdziestolatki, mamy na głowie kredyty, plany zawodowe, myślimy o tym, co z dzieciakami albo, czy starczy nam na godną emeryturę (o ile w ogóle jakaś będzie). Gdybyśmy nie przejmowali się jutrem, to telefon od doradcy kredytowego kwitowalibyśmy krótkim: „Proszę pana, jutro nie istnieje, to tylko konstrukt społeczny”. Emerytura? To brzmi jak coś, co dotyczy starych ludzi, a przecież my mentalnie wciąż mamy 25 lat, tylko kolana nas bardziej strzykają na zmianę pogody. Trudno nie przejmować się jutrem, kiedy świat pędzi jak szalony, a my chcemy mieć nad nim choć odrobinę kontroli.

Po środku - dzisiaj.

Pani Maria była ambasadorką życia tu i teraz, najlepiej z papierosem i bez zbędnych ambicji typu „maraton przed pięćdziesiątką”. Zgodnie z jej logiką, zamiast ślęczeć nad Excelem i liczyć, czy w 2045 roku starczy nam na opłacenie prądu, powinniśmy skupić się na tym, czy dzisiaj kawa jest wystarczająco mocna i czy nikt nam nie zawraca głowy głupotami. Problem w tym, że my – to pokolenie „pomiędzy” – próbujemy pożenić te dwa światy. Z jednej strony chcemy być jak Maria: leccy, ironiczni i mieć w nosie konwenanse. Z drugiej strony, kiedy tylko próbujemy „nie przejmować się jutrem”, włącza nam się w głowie powiadomienie z aplikacji bankowej.

Ale wiecie co? Może w tym cytacie chodzi o coś innego. Może Maria, z tym swoim genialnym dystansem i papierosem w dłoni, chciała nam powiedzieć: „Hej, nie daj się zwariować”. Bo jeśli za bardzo żyjesz tym, co było, dopada cię nostalgia, która paraliżuje. Jeśli za bardzo boisz się jutra, dopada cię lęk, który odbiera radość. A przecież mamy to nasze „dzisiaj”. Ten moment, kiedy pijesz kawę, kiedy słońce wpada przez okno, kiedy rozmawiasz z kimś bliskim. To jest jedyny czas, na który mamy realny wpływ. Więc czy Maria miała rację? I tak, i nie. Nie da się całkiem olać jutra, bo życie by nam się posypało. Ale warto czasem „wyluzować gumę w majtach” (pamiętacie to określenie?). Przejąć się tym, co tu i teraz, a wczorajszemu i jutrzejszemu dniu powiedzieć: „Poczekajcie chwilę, teraz mam ważniejsze sprawy na głowie".

Może więc złoty środek według Czubaszek na nasze czasy brzmiałby: „Nie przejmuj się jutrem. Przejmiesz się pojutrze, jak już naprawdę nie będziesz mieć wyjścia. A dzisiaj? Dzisiaj i tak już jest za późno, żeby być idealnym”W końcu, jak mawiała klasyczna Maria: „Dzień bez uśmiechu to dzień stracony”. Nawet jeśli ten uśmiech jest nieco wymuszony przez wysokość stóp procentowych.

Ach no i muszę Wam powiedzieć, w jakich okolicznościach ten cytat mnie uderzył. Wczoraj celebrowałam swoje „pięć minut”. Mój ośmiolatek odpłynął w krainę snów. Wiecie, to ten typ, który mimo metryki wciąż potrzebuje potrzymać mamę za rączkę, żeby poczuć się bezpiecznie i zasnąć. Zazwyczaj ta historia kończy się tak samo: on zasypia po minucie, a ja... ocknę się o drugiej w nocy, zdrętwiała, w ubraniu i z pretensjami do świata, że wieczór mi uciekł. Ale WCZORAJ? Wczoraj wydarzył się cud. Wyjątkowo nie zasnęłam razem z nim! Wyślizgnęłam się z pokoju jak ninja, zaparzyłam herbatę (wiadomo - czerwoną) i w ciszy, patrząc na ekran telefonu, trafiłam na ten cytat. I wiecie co? To trzymanie za rączkę to było właśnie to idealne „dzisiaj”. Jutro on pewnie powie, że jest już za stary na takie czułości (przerażające, jak szybko to idzie!).

W tej minucie, kiedy siedziałam w kuchni i miałam chwilę dla siebie, czułam, że Maria miała ten swój specyficzny, genialny dryg. Przejmowanie się tym, czy rano wstanę niewyspana, albo czy wczoraj powinnam była być bardziej stanowcza, bo młody nie posprzątał w swoim pokoju, nie miało sensu. Liczyła się tylko ta cisza i to, że udało mi się nie zachrapać przed dzieckiem. Sukces! 

A Wy? Potraficie tak po prostu nie przejmować się jutrem? Czy Wasza lista „to-do” krzyczy na Was nawet w nocy? Czy rozpamiętujecie coś, co wydarzyło się rok, 5, 10 lat temu? Dajcie znać w komentarzach!

Ściskam!

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.